PAP: Co pana podkusiło aby wsiąść na motor?

Reklama

Tomasz Kowalski: Dostaliśmy wiadomość z Tomkiem Adamcem, że musimy stawić się szybko na kontroli antydopingowej w Cetniewie. Dlatego coś nas podkusiło i pożyczyliśmy motor od kolegi w Gdyni. Ale nie jechaliśmy szybko, normalnie, nie przekraczaliśmy prędkości. W pewnym momencie nie wiadomo skąd wyjechała nam jakaś pani. Gdybyśmy pędzili tym motocyklem, teraz już byśmy nie rozmawiali...

PAP: Pamięta pan moment wypadku?

T. K.: Większość szczegółów mam przed oczami. Najważniejsze, że żyjemy. Pogodziłem się z tym, że nie pojadę na igrzyska w Londynie, ale przecież będą następne za cztery lata w Rio de Janeiro. To jest mój cel. Muszę uniknąć podobnych błędów. Mam teraz czas na głęboką refleksję i wiem, że będę silniejszym człowiekiem.

PAP: Doktor Andrzej Późniak daje małą iskierkę nadziei...

T. K.: Zobaczymy, co będzie. Jestem zdeterminowany, aby się wyleczyć, bo to jest najważniejsze. Nawet jeśli miałoby trwać dłużej, niż teraz zakładamy. A gdyby jakimś cudem udało się zdążyć, byłby to dar niebios. Ale nie zamierzam forsować zdrowia i robić niczego na siłę.

PAP: W poniedziałek miał pan zostać przetransportowany z Pucka do Wrocławia.

T. K.: Już jestem na Dolnym Śląsku. Lekarze powiedzieli, że nie będę miał żadnych operacji, ale czeka mnie kilka tygodni leżenia w łóżku. Cóż zrobić, muszę uzbroić się w cierpliwość, nie będę przecież wariował.