PAP: Wspaniały piątkowy wieczór w polskiej ekipie. Po pana złotym medalu, na najwyższym stopniu podium stanął też Tomasz Majewski w pchnięciu kulą.
Adrian Zieliński: Bardzo się cieszę i gratuluję Tomkowi. To jest polski dzień na olimpiadzie.

Reklama

Najtrudniejszym momentem w zawodach była pierwsza niezaliczona próba w podrzucie ze sztangą ważącą 206 kg?
A. Z.: Byłem zdziwiony, ale sędziowie różnie opiniują podejścia. Niektóre są ładne i czyste, a oni widzą błędy techniczne. Nie wiem, czy mają spaczone oczy, może powinni udać się do okulisty. Światowa federacja powinna zmienić przepisy, bo przecież chodzi o to, aby sztanga była w górze.

Wydawał się pan bardzo spokojny na olimpijskim pomoście.
A. Z.: A jaki miałem być? Już na rozgrzewce trener mówił: jesteś spokojny, będzie dobrze. Wiedziałem, że trzeba podnieść 211 kg, bo ten wynik daje medal, nie sądziłem tylko, że złoty. Kolejni zawodnicy podchodzili do sztangi i się wykruszali.

Mógł pan uzyskać więcej niż 385 kg w dwuboju?
A. Z.: Byłem świetnie przygotowany, ale w rwaniu popełniłem błąd techniczny. Zaś w podrzucie sztanga mi nie "ważyła". Gdybym wcześniej zaliczył 211 kg, to może poszedłbym na wynoszący 215 kg rekord olimpijski, aby postawić kropkę nad i.

Kto był najtrudniejszym przeciwnikiem?
A. Z.: Kandydatów do medalu było sześciu, a nawet ośmiu. Na podium stanęli ci, którzy wykazali się największą odpornością psychiczną. Jakiś czas temu Szymon Kołecki, mistrz olimpijski z Sydney, powiedział mi: "na igrzyskach dźwiga się głową, nie mięśniami i ciałem". Miał rację. Byłem przygotowany na krążek każdego koloru, ale też na miejsce poza czołową trójką. Zdawałem sobie sprawę, jak silna jest stawka. Dlatego pogodziłbym się z faktem, gdyby zabrakło mnie w gronie najlepszych.

Kiedy będzie pan świętował?
A. Z.: Na pewno nie dziś, ponieważ mieszkam razem z bratem Tomaszem, który jutro stanie na olimpijskim pomoście. Startować będzie też Arsen Kasabijew. Nie chcę im przeszkadzać. Ale jutro mogę już świętować.

Reklama

Jakich wskazówek udzieli pan bratu?
A. Z.: Jesteśmy emocjonalnie bardzo związani, ale podnoszenie ciężarów jest sportem indywidualnym. Lepiej niech każdy podąża według własnych zasad, nic nie można nikomu narzucać.

Odebrał pan już pierwsze gratulacje z Polski?
A. Z.: Napływają smsy, słyszałem też, że dzwoni telefon, ale nie mogłem odebrać, bo zaraz była dekoracja. Kibice chcieli mi wręczyć flagę biało-czerwoną, jednak na takiej imprezie nie mogłem jej zabrać ze sobą na ceremonię.

Komu dedykuje pan złoty medal?
A. Z.: Wiele osób przyczyniło się do mojego sukcesu - trenerzy, rodzina, dziewczyna, Kołecki i inni. Chciałbym go jednak dedykować zmarłemu trenerowi Ireneuszowi Chełmowskiemu. To dla ciebie trenerze.

Przyćmił pan dziś Kołeckiego?
A. Z.: Nie, Szymon jest wielką postacią i mam nadzieję, że wróci do dźwigania.

Notował w Londynie Radosław Gielo