W środowym finale przegrał z mieszkającym w... Łodzi, a reprezentującym Piasta Gliwice Wenezuelczykiem Rubenem Limardo Gasconem 10:15.

Reklama

Czy po sukcesie na igrzyskach zrobi się w Norwegii głośno o szermierzu rodem z Polski?
Raczej tak będzie, bo nigdy wcześniej nikt z szermierki nie zdobył medalu olimpijskiego dla Norwegii. Ale po części to też krążek dla Polski, to tam się urodziłem i przygotowywałem do igrzysk. U nas w kraju jest zaledwie 300, może 400 osób trenujących szermierkę.

Jaką nagrodę otrzyma pan po powrocie do Oslo?
Żadnej, zero koron. Nie są przewidziane premie za medale olimpijskie.

Z czego pan się utrzymuje?
Z pensji nauczycielskiej. Uczę licealistów matematyki. Zresztą już za dwa tygodnie wracam do nich na lekcje. Treningi mam przed pracę i po niej. Poza tym kończę czteroletnie studia informatyczne, jeszcze czeka mnie napisanie pracy magisterskiej.

Niemal całe życie mieszka pan w Skandynawii, ale świetnie mówi po polsku.
W domu wszyscy mówią do mnie po norwesku, a ja odpowiadam po polsku. W ten sposób opanowałem język. Bo przecież wyjechałem z rodzicami z Tczewa jak miałem dwa lata. To było w 1988 roku.

Czy przed igrzyskami miał pan czas odwiedzić rodzinę po drugiej stronie Bałtyku?
Oczywiście, w ogóle każde wakacje spędzam w Tczewie i Gdańsku, gdzie mieszka m.in. moja babcia. Poza tym trenowałem z polską kadrą, m.in. Radkiem Zawrotniakiem i Tomkiem Motyką.

Teraz chyba zazdroszczą panu tego srebra?
Ale oni zdobyli krążek w tym kolorze przed czterema laty w Pekinie. Więc się wyrównało.

Polacy chcą znów zbudować silny zespół. Byłoby to realne z panem w składzie?
Na pewno nie. Gdybym wyjechał z Polski mając 10-12, może 14 lat, to wtedy jakaś szansa by była. A tak, nie ma co gdybać.